mieczem : po co żyjesz?


nie ma rzeczy niemożliwych

Jezus spojrzał na nich i rzekł: «U ludzi to niemożliwe, ale nie u Boga; bo u Boga wszystko jest możliwe».
Mk 10,27

A kiedy już udało Ci się zaakceptować swoją słabość, mierne możliwości i brak talentu – przychodzi Bóg i mówi: „mam dla ciebie zadanie”. I w ogóle Go nie obchodzi, że nie umiesz i nie masz siły.

Popatrzcie na Apostołów. Jezus wybrał ich dwunastu z szerokiego grona uczniów. Jakie było kryterium? Tego nikt nie wie – i oni sami tego też na pewno nie wiedzieli. Nie wydaje się, aby zostali wybrani ze względu na tytaniczny intelekt, zwierzęcą odwagę albo granitową wiarę. No tak, nie ma co udawać, że było inaczej.

Rozum? Ewangelie to zapis wzruszającej naiwności i niedomyślności apostołów. Oni tak uroczo nic nie kumają! Przyswajanie Dobrej Nowiny idzie im tak opornie, jak mnie nauka rysowania.

Odwaga? Tylko w przysłowiowej gębie. Gdy tylko przychodziło jakiekolwiek zagrożenie, zaraz wpadali w panikę. A na końcu uciekli i pochowali się tak, że pod Krzyżem zostały same kobiety – a honoru panów bronił tylko najmłodszy z nich, Jan. Wystraszyli się nawet zmartwychwstałego Jezusa, który przyszedł do nich, gdy zabarykadowani ukrywali się w Wieczerniku.

Wiara? Dajcie spokój, nie chce mi się nawet cytować…

I co z tego? Nie przeszkodziło im to stać się filarami Kościoła, który zdobył cały świat. Jak to mówią: Pan Bóg pisze prosto po liniach krzywych. Ze zła potrafi wyprowadzić dobro, ze słabości siłę.

Z twojej słabości też.

Usłyszałem kiedyś takie powiedzenie, że Bóg nie wybiera uzdolnionych, tylko uzdalnia wybranych. A kryteria Jego wyborów są niezbadane. Mówimy wszak o Kimś, kto na swojego największego Apostoła powołał Szawła z Tarsu! Pewnego dnia może wybrać ciebie, albo mnie. Może od nas oczekiwać czegoś, co wydaje nam się absurdalne albo niemożliwe do wykonania.

Ale dla Niego możliwe jest wszystko. Musisz tylko z Nim kooperować.


są rzeczy niemożliwe

Zawsze marzyłem, aby umieć namalować konia, który wygląda jak koń. Na przykład konia, bo zadowoliłoby mnie właściwie cokolwiek, co wygląda z grubsza chociaż realistycznie.

Kiedyś udało mi się namalować konia, który wyglądał jak pies. Tak przynajmniej twierdzili rodzice. „Ładny piesek” – mama kiwa głową z uznaniem. Byłbym gotów nawet zmienić zdanie – i przysiąc, że moją intencją było namalowanie psa, ale mimo bardzo młodego wieku nie byłem już wtedy naiwny. Wiedziałem, że ten koń, wyglądający jak pies, wcale nie wygląda jak pies.

Za to domki rysowałem całkiem ładne. Wszystkie pięknie płaskie, cudownie prostokątne, z obowiązkowym dymem z komina i drogą wiodącą zawijasami wprost do drzwi. I czasem obok samotne drzewo, które wyglądało jak lizak albo choinka zapachowa do samochodu. Do tego obowiązkowy urozmaicony horyzont, chmurki na niebie i słońce – takie z promieniami, ma się rozumieć.

Tak czy inaczej, plastyka była dla mnie udręką. Była też udręką dla moich rodziców, którzy sporo musieli namalować za mnie. Miałem ochotę rozstrzelać tych wszystkich złych ludzi, którzy kazali mi się tak męczyć.

Nie pamiętam mojego ostatniego rysunku, ale karierę malarską porzuciłem bez żalu. No, nie całkiem bez żalu. Zawsze chciałem umieć rysować.

Ale to była dla mnie ważna lekcja. Właśnie na tym przykładzie bardzo wcześnie nauczyłem się, że są rzeczy niemożliwe.

Więc jeżeli ktoś będzie cię przekonywał, że „możesz wszystko”, że „wystarczy chcieć, a spełnią się wszystkie marzenia”, że „sky is the limit” i temu podobne złote myśli – zachowaj dystans. Tak nigdy nie będzie.

Każdy człowiek może mieć udane życie i osiągnąć sukces – ale nie w każdej dziedzinie. Choćbym nie wiem jak gorąco marzył o grze na pozycji centra w lidze NBA, na pewno nim nigdy nie zostanę. I to nie dlatego, że jestem za stary (chociaż jestem). Przede wszystkim dlatego, że mam 179 cm wzrostu – i aby wykonać wsad do kosza, potrzebowałbym nielichej trampoliny.

Swoje możliwości i ograniczenia trzeba oceniać realistycznie.

To pozwala odróżnić marzenia od mrzonek.


sąd, kara, masakra

Czy faktycznie Bóg jest sadystą, który wrzuci nas do jakiegoś pieca?

Nie wiemy, jak wygląda piekło i o co w nim chodzi. Ale czytamy w Ewangelii o płaczu i zgrzytaniu zębami, o ogniu nieugaszonym i temu podobnych czułościach. To nie brzmi dobrze. No powiedzmy wprost: brzmi to fatalnie! Czujemy dyskomfort.

Dlatego na wszelki wypadek wielu ludzi woli w piekło nie wierzyć. Bo jak można pogodzić te obrazy z Bogiem-Który-Jest-Miłością, albo z Bogiem-Nieskończenie-Miłosiernym-Ojcem? Jaki ojciec skazałby swoje dziecko na coś takiego?

Nie chcę być nudny, ale próbując traktować te opisy dosłownie, wpadamy w tę samą pułapkę, co zawsze. Dlatego mam dla was poradę: dajcie spokój z tym piecem. Przestańcie patrzyć na piekło jak na palenie żywcem lub obdzieranie ze skóry.

Zobaczcie w nim raczej wydziedziczenie i wygnanie z domu.

Piekło to miejsce dla tych, którzy powiedzieli Bogu „nie”. Którzy sami zdecydowali, że Jego towarzystwa sobie nie życzą. Bóg jasno komunikuje każdemu z nas, że mamy wybór. „Jeżeli Mnie nie chcesz – sirwuple! Droga wolna, rób co chcesz, nie będę ci się narzucał”.

Piekło to miejsce w którym nie ma nawet śladu Boga. Zero procent, null. Tym samym jest tam pustka, ciemność, samotność, a do tego ogromny żal i wyrzuty sumienia. Aha, zapomniałbym! I jeszcze bezbrzeżna nuda. Całkowity brak akcji.

A co z tym sądem?

Tak sobie myślę, że kara za grzechy będzie czymś dużo prostszym, niż nam się wydaje. Na pewno nie zostaniemy osądzeni według jakiejś formalnej listy przykazań, na której Bóg długopisem postawi „ptaszki”: to zaliczyłeś, tego nie zaliczyłeś.

Bóg zważy całe nasze życie, w każdym najdrobniejszym szczególe. Każdą decyzję i wypowiedziane słowo. Każdą wyrządzoną krzywdę. Wszystko, co zrobiliśmy – i to, czego nie zrobiliśmy. Myśli i gesty, motywacje i zaniedbania. Z niczego nie będziemy musieli się tłumaczyć, niczego wyjaśniać. Bóg zna nas nieskończenie lepiej, niż sami się znamy. Po prostu to wszystko nam pokaże, czarno na białym. Nie będzie „nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajemnego, co by się nie stało wiadome” (Łk 12,2).

Nie wiemy, jak konkretnie wygląda piekło i o co dokładnie w nim chodzi.

Ale coś mi mówi, że lepiej tego nie sprawdzać.


małe dzieła

Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie.
Łk 16,10

Niewielu ludzi dostaje szansę, aby dokonywać wielkich dzieł. Takich, które trafią do podręczników historii. Ale świat nie składa się tylko z wielkich dzieł. Ważne są też dzieła średnie, i te całkiem malutkie.

Za Jezusem chodziło prawdopodobnie całkiem sporo uczniów, ale tylko dwunastu z nich zostało wybranych Apostołami. Przed nimi były wielkie wyzwania, oni mieli nawracać całe narody. A reszta? Czy Jezus uznał, że pozostali są niepotrzebni i mogą iść do domu?

Zawsze, gdy czytam o powołaniu Dwunastu, myślę o tych niewybranych. Myślę też o tym, że jestem jednym z nich. I ty też. Nie zostaliśmy Apostołami, ale mamy przed sobą własne małe dzieła, do których zostaliśmy powołani.

W rodzinie. Wśród przyjaciół. Wśród sąsiadów. Na twojej ulicy. Na twoim osiedlu. W twoim mieście. W szkole. W pracy. A może w całym twoim życiu chodzi tylko o jednego człowieka, któremu kiedyś będzie potrzebna twoja pomoc?

Małe dzieła są równie ważne, jak te wielkie.

Ale to, że powołano cię do małego dzieła, nie oznacza, że możesz odwalać chałturę.

Drobne rzeczy kształtują nasz charakter być może bardziej, niż wielkie wyzwania. Ignorowanie ich jest takie łatwe! „Eee, to mało ważne, mogę odpuścić”. „Nie ma się co przejmować drobiazgami”. Ani się obejrzymy, a już wkrada się w naszą duszę podstępny Demon Chałturnik.

Wielkie zaniedbanie zaczyna się zawsze od drobnego lenistwa. Jedna niechlujnie umyta łyżeczka to pierwszy krok do całkowicie zabałaganionej kuchni. Skąd ten koszmarny bałagan w warsztacie? Cóż, pewnego dnia nie chciało ci się odłożyć śrubokrętu na swoje miejsce.

Ale jeżeli każdą, nawet najdrobniejszą rzecz postarasz się zawsze robić solidnie, ta solidność wejdzie ci w krew. Szybko wyrobisz w sobie tak rzadko dziś spotykany nawyk: „cokolwiek robię – staram się zrobić porządnie”. I gdy pewnego dnia staniesz przed Naprawdę Dużym Wyzwaniem, nie dasz plamy i zrobisz świetną robotę.

Z przyzwyczajenia.


a jeżeli Bóg jest?

Zdarza mi się czasem spotkać młodych ludzi, którzy myślą tylko o sobie i swoich przyjemnościach. Chcą korzystać z życia, czerpać z niego jak najwięcej dla siebie.

Niczego więcej nie potrzebują. Niczego nie szukają. Na nic nie czekają. Liczy się tylko dziś i tylko ja.

Sens życia polega dla nich na rozrywce, zabawie i kupowaniu nowych gadżetów. No, niestety trzeba jeszcze pracować, aby na to wszystko zarobić, ale nie zawsze jest to praca szczególnie przykra. Można być gwiazdą szołbiznesu, celebrytą lub choćby tylko modnym blogerem.

Bo przecież Boga nie ma…

A skąd wiesz, że Go nie ma?

Nie bądźmy śmieszni! Kto by poważnie traktował jakieś starożytne bajki? To dobre dla moherowych staruszek. Bóg! I co jeszcze? W krasnoludki mam wierzyć? A może w smoki? He he he.

Życie jest piękne, trzeba się nim cieszyć, a nie przejmować się zabobonami!

Takie prawo młodości. Myślą, że są nieomylni i nieśmiertelni, a czas płynie wolno. Ale jak wolno by nie płynął, w końcu upłynie. Gdy mamy dwadzieścia lat, koniec wydaje się tak bardzo odległy. Aż pewnego dnia budzę się i widzę na liczniku 40. A potem 50, 60… Coraz trudniej być królem życia, bo organizm szwankuje, szczyka, szarpie i pobolewa.

Zaskoczonko! Hej, gdzie są te wszystkie lata? Co to wszystko było warte?

Niektórzy byli młodzi egoiści potrafią być konsekwentni. Zabawa trwa, choć nie ma nic bardziej groteskowego, niż pięćdziesięciolatek udający dwudziestolatka. Chrzanić to! Szalejemy dalej! Kto nam zabroni? Świat u naszych stóp!

Ale sił wciąż ubywa, przybywa za to zmarszczek i chorób. Leku na starość nikt nie wynalazł i na pewno nie wynajdzie.

Niczego nie żałuję! Żyłem jak chciałem, wyssałem z tego życia wszystko, co się dało. Nic po mnie nie zostaje, ale wybawiłem się do ostatniej kropli. Co prawda te wszystkie przyjemności są dziś tylko przebrzmiałym echem, tak marnym, że mój stary mózg nie może sobie prawie niczego przypomnieć. Ale warto było, na pewno! Niby dlaczego miałbym żyć inaczej? W imię czego? Dla jakiej idei?

Przecież Boga nie ma.

Gdy już zamknę oczy, niczego nie będzie. Po prostu zniknę i finito, po ptakach. Świat to tylko materia. Życie to tylko biologia. Niczego więcej nie ma.

A jeżeli jest?

Pierwsza drobna wątpliwość, potem druga… Nieistniejące sumienie zaczyna wiercić drażniącą dziurę w nieistniejącej duszy. A może jednak jest coś więcej? Nie, żeby od razu Bóg, ale może chociaż anioły? No, jakieś dalsze życie… Cholera, chciałbym, żeby coś było!

Głupio tak umrzeć bez śladu.

Istnienia Boga nie da się naukowo udowodnić ani poczuć zmysłami. Możesz tylko wierzyć, że On jest.

I możesz tylko wierzyć, że Go nie ma.


szczęście

Jest takie powiedzenie: najważniejsze to być szczęśliwym, nieważne co powie psychiatra.

Ale co znaczy „być szczęśliwym”?

Czasem mówimy, że jest kiepsko, ale gdyby stało się to czy tamto, bylibyśmy szczęśliwi. Och, chciałbym mieć dużo pieniędzy! Wymarzony samochód, dom z ogrodem albo złotego ajfona! Być pięknym, mieć śliczne białe zęby i duże mięśnie! Zwiedzić cały świat! Wspominałem o złotym ajfonie?

Niedawno temu media żyły sprawą zaginięcia dziesięcioletniej dziewczynki, która została uprowadzona. Dzięki zaangażowaniu wielu ludzi dziewczynkę uwolniono, cała i zdrowa wróciła do rodziców. Jej ojciec powiedział wówczas: „to szczęście jeszcze do mnie nie dociera”.

„Gdy zamykam oczy, marzę o tym, żeby moja mamusia była znowu zdrowa”.

„Gdybym mogła cofnąć czas, nie pozwoliłabym mu wsiąść do tego samolotu”.

„Nie doceniałem tego, co miałem. Zrujnowałem życie mojej rodziny”.

„Bardzo chciałabym, żeby było tak, jak dawniej”.

Czasem, by znaleźć szczęście, chcielibyśmy zmienić wszystko. A czasem wystarczyłby powrót do stanu poprzedniego.

Zamiast marzyć o tym, co chcesz mieć – lepiej pomyśl o tym, co już masz.


szabatowy prowokator

Jednakże dnia tego był szabat.
J 5,9

Wśród wielu uzdrowień, których dokonał Jezus, spora część była nielegalna.

Niezgodnie z prawem został na przykład uzdrowiony człowiek z uschniętą ręką. Podobnie skandaliczne było uzdrowienie kobiety, która nie mogła się wyprostować. A także pana cierpiącego na wodną puchlinę, chromego nad sadzawką oraz niewidomego od urodzenia. Wszyscy ci ludzie zostali uzdrowieni bezprawnie!

Bo „tego dnia był szabat”.

Gdy czytamy o tych zdarzeniach, możemy odnieść wrażenie, że Jezus lekceważył szabat w sposób ostentacyjny, na bezczelnego. On wręcz prowokował faryzeuszy do nerwowej reakcji.

Nie mógł poczekać? Wystarczyło przecież powiedzieć: „Ej, ale przyjdź jutro, w dzień roboczy, załatwmy sprawę legalnie”. Przecież nie było – jak to się fachowo określa – „bezpośredniego zagrożenia życia”. Jeżeli ktoś był niewidomy tyle lat, to jaką różnicę zrobi mu jeszcze jeden dzień? Naprawdę nie mógł poczekać?

Nie mógł. Bo chciał pokazać, że przepisy są dla człowieka – a nie odwrotnie.

To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu.
Mk 2,27

Przykazania nie zostały ustanowione na złość ludziom, tylko dla ich dobra. Dotyczy to oczywiście również tego, które nakazuje dzień święty święcić. Po co mamy to robić? Z jednej strony – by odpocząć i zregenerować siły po całym tygodniu pracy. Z drugiej – aby znaleźć czas dla Boga, który jest naszym Ojcem, któremu zawdzięczamy życie i wszystko co mamy. Aby Go chwalić, aby Mu dziękować, aby razem z Nim się cieszyć.

A nie po to, by liczyć kroki albo drobiazgowo rozliczać się z innych irracjonalnych ograniczeń.

Co wolno w szabat: uczynić coś dobrego czy coś złego? Życie ocalić czy zabić?
Mk 3,4

Dobro człowieka winno zawsze być na pierwszym miejscu. Jeżeli jakiekolwiek prawo każe wyżej stawiać cokolwiek innego – jest to złe prawo, które należy wyrzucić do kosza i uchwalić lepsze.

A poza tym, to powiedzcie szczerze: czy jest lepszy sposób na uświęcenie dnia świętego, niż bezinteresowny dobry uczynek względem bliźniego?


krótkie piłki (7): burak

Uważaj na siebie, dziecko, we wszystkich swoich uczynkach i bądź dobrze wychowany w całym swoim postępowaniu! Czym sam się brzydzisz, nie czyń tego nikomu!
Tb 4, 14n

Człowiek, który zachowuje się jak burak, wcale nie musi być burakiem.

Może być zupełnie normalnym, miłym i kulturalnym człowiekiem, który zachowuje się jak burak chwilowo, z wyrachowania. Chce coś osiągnąć lub odnieść jakąś korzyść – i uznaje, że tak będzie najskuteczniej.

Ale jeżeli nie jesteś burakiem, a jednak zachowujesz się jak burak, aby osiągnąć swój cel – to jesteś burakiem.


Bóg z nami!

Narodzenie Pańskie

A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy: „Bóg z nami”.
Mt 1,22

A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata.
Mt 28,20

Wierzysz w Boga. Wiesz, że on istnieje. Znasz katechizm, prawdy wiary, wszystkie formułki i regułki. Ale czy wiesz, gdzie On jest?

Nie, On wcale nie jest Gdzieś Tam. Nie za chmurami, nie w Kosmosie, nie w innym wymiarze. On jest tu, z nami! Przyszedł, jest – i z nami zostanie.

Nie lubi się narzucać, ale jest. Zawsze słucha, zawsze jest gotów, by wpaść z wizytą. Bardzo chętnie pomógłby w tym lub owym, ale nie lubi się narzucać.

I co?

Zauważasz Jego obecność w ogóle? Rozmawiasz z Nim choć od czasu do czasu? Zapraszasz Go do siebie? Może chociaż o Nim pomyślisz?

Bóg jest z nami!

Rozumiesz, co to dla ciebie znaczy?

Inne teksty na temat Narodzenia Pańskiego:

telewizor i żłóbek
i stał się człowiekiem
nie ma miejsca dla Ciebie
jest miejsce dla Ciebie!

to, co najważniejsze

Na początku była wolność.

I tylko jedno przykazanie: nie jedzcie tych owoców! Możecie robić wszystko, ale od tego drzewa proszę się trzymać z daleka.

Oczywiście nie chodziło o żadne owoce, to tylko alegoria. Ten owoc to symbol zła. Bóg mówi: nie próbuj tego, to cię zabije! Nie dotykaj. Nie interesuj się tym. Nawet o tym nie myśl. To cię zabije!

Ostrzegał, ale płotu nie postawił. Szanuje nas. Skoro obdarował nas wolnością, musi to być wolność prawdziwa. Człowiek jednak zawiódł. Połączenie pychy i słabości okazało się być mieszanką zabójczą.

Zeżarliśmy te jabłka…

Pan Bóg jest jednak niezmiernie cierpliwy. Podejmował więc kolejne próby ustawienia nas do pionu. Im bardziej człowiek się gubił, tym więcej zasad i przykazań potrzebował. Swoje parę talarów dołożył także diabeł, który nieustannie podpowiadał nam coraz bardziej zawiłe i odległe od prawdy interpretacje Bożego Słowa. Nic dobrego nie mogło z tego wyniknąć.

A potem przyszedł Jezus. I powiedział, że najważniejsze jest (znów!) jedno przykazanie.

Człowieku, KOCHAJ!

Ktoś, kto kocha Boga, będzie szanował wszystko, co od Niego otrzymał.
Ktoś, kto kocha Boga, nigdy nie będzie czcił żadnych „cudzych bogów”.
Ktoś, kto kocha Boga, nie będzie wycierał sobie gęby jego Imieniem.
Ktoś, kto kocha Boga, zawsze znajdzie czas, aby Go chwalić i wraz z Nim świętować dzień święty.
Ktoś, kto kocha rodziców, będzie ich szanował i okazywał wdzięczność.
Ktoś, kto kocha bliźniego, nigdy go nie zabije ani nie okradnie.
Ktoś, kto kocha, nigdy nie będzie okłamywał, zdradzał, oszukiwał.
Ktoś, kto kocha, nigdy nie zachowa się wobec bliźniego jak kanalia.

Proste?


Przeczytaj poprzednie teksty »

Powiadomienia o nowych tekstach: rss | email